sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 12

Odprowadzam Jo do poduszkowca.Widzę przerażenie w jej oczach takie samo jakie widziałam u Prim, gdy wylosowali ją na dożynkach. Zatrzymuję ją i kucam.
- Hej nic ci nie będzie- zawieszam na chwilę głos, dużo kosztuje mnie zebranie siły by brzmiał na opanowany i spokojny-nic wam nie będzie-w tej samej chwili rzuca się na mnie z płaczem- Cii...-próbuję ją uspokoić, bo teraz nie może się załamać, nie teraz-Obiecuję, że was stamtąd wyciągnę tylko musisz mnie posłuchać. Josh będzie biegł jak najszybciej do rogu obfitości, a ty znajdź jakąś broń, która będzie najbliżej ciebie i osłaniaj go. Będziesz musiała zastąpić mu wzrok i słuch. Bierzcie tylko co konieczne, a później zwiewajcie jak najdalej. Najważniejsze to znaleźć wodę oraz schronienie. Wypatrujcie spadochronów ode mnie i Peety. Nigdy nie działajcie w pojedynkę, razem jesteście silniejsi. Postępujcie według naszych wskazówek. A...i najważniejsze nie schodź z tarczy dopóki nie usłyszysz gongu. Będzie dobrze, poradzisz sobie, wierzę w ciebie-ostatnie słowa wypowiadam już szeptem.Razem z Peetą ustaliliśmy taką taktykę, on miał przekazać Joshowi, bo on go odprowadzał, a ja miałam odprowadzić Jo.
- Katniss?
- Tak?
- Wolę żebyś to ty zamiast mojej stylistki spędziła ostatnie chwilę przed wjazdem na arenę-pokiwałam twierdząco głową. Całą drogę milczała, w końcu spojrzała na mnie i powiedziała:
- Przepraszam.
- Ale Jo, za co? To ja cię powinnam przeprosić, nie ty mnie.
- Przepraszam za ten napad szlochu i za wszystkie problemy jakie ci sprawiam- nic nie odpowiedziałam tylko usiadłam obok niej przytuliłam ją mocno i wyszeptałam:
- Każdy ma chwilę słabości, masz do tego prawo, ale nie masz prawa siebie za to obwiniać-nie wiem czy ją przekonałam, ale powoli zaczęła wracać ta Jo, którą zapamiętałam: silna, uparta, pewna siebie i kochająca.
 Wszystkie wspomnienia wróciły,kiedy szłam korytarzami pod areną, ale wtedy miałam Cinnę, to on był moim podparciem. Role się odwróciły,teraz ja jestem podparciem dla Jo. Ubiór jaki został jej przeznaczony nie wróży nic dobrego. Pomagam jej założyć na ciepły, długi sweter puchową kurtkę. Do tego pod jej spodnie zakładam ocieplane rajstopy, a na nie ciężkie buty w środku obłożone wełną. Na rękaw przypinam jej moją broszkę z kosogłosem.
- Nie mogę-Jo próbuje odepchnąć moją rękę, ale łapię ją za nadgarstek, więc rezygnuje.
- Będzie cię chronić- mówię jej, chyba nie muszę tłumaczyć jakich warunków pogodowych może się spodziewać. Będzie mróz i to siarczysty. Tak mama ubierała mnie i Prim tylko jak temperatura spadała do -20 stopni.Nagle z głośników dobiega głos ,,10 sekund do startu".Obejmuję Jo i lekko całuję ją w czoło.
- Jakaś ostatnia rada?-pyta już bardziej opanowanym głosem.
- Nie dajcie się zabić.
 Jo znika za szklaną szybą, a ja wspominam chwile spędzone z nią od moment, w którym ją poznałam aż po dzisiejszy dzień. Najbardziej w pamięć zapadła mi nasza wczorajsza rozmowa. Nie mogła zasnąć, zresztą ja też nie. Poszłam na dach i tam ją właśnie zastałam. Była roztrzęsiona, na przywitanie uśmiechnęła się do mnie ,ale widziałam, że kosztowało ją to dużo siły.
- Bałaś się?-zapytała, a jej głos zdawał się załamywać powoli jak pękająca tafla lodu.
- Oczywiście, ale wiesz co,to dobrze, że się boisz- po tamtych słowach spojrzała na mnie krzywo.- Nie ma nic gorszego od pewnych siebie i aroganckich trybutów, bo prędzej czy później doprowadza ich to do zguby-mówiąc to miałam przed oczyma karierowców, a wśród nich Cato , dalej siedziałyśmy już w milczeniu. A teraz? Teraz Jo powoli znika z pola mojego widzenia. Ostatnie słowa jakie wylatują z moich ust to:
- Wyciągnę was obu. Obiecuję.

1 komentarz:

Przeczytałeś?Możesz pozostawić po sobie ślad w postaci komentarza ;)