Haymitch i Johanna siedzą naprzeciwko mnie i Peety w naszym penthausie. Wszyscy patrzą na mnie wyczekująco, w końcu to ja ich tutaj zwołałam.
- A więc obmyśliłam plan wydostania Jo i Josha z areny.
- Skarbie chyba nie chcesz wzniecać kolejnej rewolucji- Haymitch dodał złośliwie, chciał kontynuować, ale Peeta dał mu wyraźny sygnał, że to nie jest najlepszy pomysł.
- Ludzie w Kapitolu są na to za głupi...-Johanna chciała kontynuować, lecz tym razem to ja jej przerwałam.
- Czy mogę dokończyć moją wypowiedź?- zadałam to pytanie lekko poirytowanym głosem, po którym zapadła cisza.- A więc obmyśliłam szczegółowy plan nie mówię, że jest łatwy w realizacji, lecz to jedyny sposób by się wydostać z areny-przerwałam aby sprawdzić czy wszyscy mnie słuchają i ciągnęłam dalej.- Będą musieli dostać się na granicę areny, tam wyciąć i zostawić swoje lokalizatory,a następnie przejść na drugą stronę gór. Dalej będą musieli zrobić podkop.
- W porządku a jaka jest w takim razie nasza rola?- Johanna zapytała wyczekującym głosem.
- Najważniejsze to utrzymać ich przy życiu, wysyłać wskazówki i niezbędne im przedmioty.
- To będzie trudne, niemożliwe do wykonania, ale w sumie- Haymitch zamyślił się chwilę- innej opcji nie ma, a do stracenia też mało. Ja w to wchodzę, a ty Johanno?
- Jasne. Polubiłam ich, więc każda próba ratowania im życia będzie dla mnie przyjemnością.
Wysłałam im pierwsze wskazówki, postępowali według planu. Wędrówka przebiegała bez zbędnych komplikacji. Gdy zbliżali się już do celu wysłałam im spadochron z apteczką, ponieważ rana po usunięciu lokalizatora w takich warunkach może być niebezpieczna, a nawet zagrażać ich życiu. Jednak nie przejmowałam się tym, bo wiedziałam, że Jo jako lekarz na pewno sobie poradzi. Swoje lokalizatory zostawili w jaskini i to tam teraz organizatorzy będą wysyłali zmiechy. Najgorsze przed nimi, góry osiągają wysokość ponad 2000 m.n.p.m. Na dodatek całe są oblodzone. Cudem udaje nam się wysłać im kilofy. Teraz są zdani sami na siebie.
Kładę się spać, Peeta ledwie mnie do tego przekonuje, ale wiem, że cały czas obserwuje sytuacje na arenie, więc mogę być spokojna. Przed Jo i Joshem bardzo długa wspinaczka, a przede mną strasznie długa noc.
Znowu jestem na Ćwierćwieczu Poskromienia, mgła zbliża się z daleka, ale tym razem jestem tylko z Peetą. Chcę go obudzić, wrzeszczę do niego żeby się ruszył, pochylam się nad nim, a on przestał oddychać. Próbuję robić mu masaż serca, ale to nic nie daje. Mgła pochłania mnie i jego. Właśnie wtedy przebudzam się cała zalana potem.
- Katniss, Josh spadł i złamał nogę. Jo chwilowo radzi sobie z zaistniałą sytuacją, ale chociaż pada ze zmęczenia to zaczęła go wciągać na górę, bo jak to określiła ,, nie chce nas zawieść". Sama naraża się teraz na wielkie niebezpieczeństwo, ale nie chce mnie słuchać. Musisz przemówić jej do rozumu.
Wybiegłam z pokoju do sali z innymi mentorami, ale przypomniało mi się, że na granicy nie ma kamer, jedyny kontakt z nimi mamy za pomocą małej kamerki, którą im wysłaliśmy. Odtworzyłam nagranie, widok spadającego Josha był przerażający, a usztywnianie jego nogi i nastawianie kości tez nie należało do ciekawych zjawisk. Jo zarzuciła go sobie na plecy, a wcześniej go uspała żeby nie mógł protestować. Nagranie się zacięło i musiałam czekać 4 godziny aż wreszcie puściłam nagranie z ich obecnego położenia. Nie wiem jak ona to zrobiła,lecz byli na szczycie. Powoli zaczynali schodzić na dół, Josh się już obudził, podpierał się z jednej strony kijkiem, a z drugiej kilofem.Właśnie wtedy jak na złość musiało paść zasilanie.
no to czekamy na dalszy rozwój wydarzen ;)
OdpowiedzUsuń